Artykuły

Życie w obrazkach

Wystawa "Annie Leibovitz: A Photographer's Life, 1990-2005" od 2007 roku objechała połowę Stanów i większość europejskich stolic, a książka o tym samym tytule uzyskała już status kultowej.

 

Przyglądając się zdjęciom, które tworzą to fascynujące dzieło, trudno nie zauważyć, że nie chodzi tu o życie samej autorki fotografii, lecz o jej fascynację partnerką, Susan Sontag, i życie w zgodzie z tym, czego fotografkę nauczyła krytyk. Podobno, kiedy pierwszy raz się spotkały, Sontag oświadczyła, że Leibovitz - już wtedy ciesząca się uznaniem za swoją pracę dla Rolling Stone, a potem dla pism modowych, obwołana drugą po Irvingu Pennie najważniejszą fotografką wśród żyjących - może być "dobra" w fotografii. Ich romans, 55-letniej pisarki, eseistki i krytyczki, autorki "O fotografii" oraz 39-letniej fotografki, był wydarzeniem towarzyskim w środowisku nowojorskiej elity kulturalnej. Nie tylko ze względu na jego homoseksualny charakter, różnicę wieku partnerek (projekt "A Photographer’s Life. 1990-2005" przełamuje wizualne stereotypy pokazując np. nagą sześćdziesięcioletnią Sontag sfotografowaną przez Leibovitz w erotyczny sposób) czy niezwykły zbieg okoliczności, że osoba pisząca o teorii fotografii wiąże się z fotografką właśnie, ale przede wszystkim z powodu tego, co w filmie o wystawie i książce "Annie Leibovitz: Life Through a Lens" podkreślać będą przyjaciele Sontag - Leibovitz, w przeciwieństwie do swej partnerki, ikony nowojorskich intelektualistów - intelektualistką nie była.

 

Ułożone prawie chronologicznie, jak mówi autorka, zdjęcia to niezwykła mozaika prywatnych i komercyjnych prac Leibovitz. Można ten projekt potraktować jak studium związku albo jak studium rodziny - bardzo tradycyjnej, żydowskiej wielodzietnej familii, której członkowie uwielbiają ze sobą przebywać. Kolejne strony albumu pokazują rozwój artystki jako jednej z najbardziej wziętych komercyjnych fotografek świata - choćby jej inscenizowane sesje do "Vanity Fair" - któż nie zna zdjęć z Whoopi Goldberg zanurzonej w wannie mleka czy nagiej ciężarnej Demi Moore. Pomiędzy tymi kolorowymi kontrapunktami znajdujemy zapis doświadczeń, jakie  Leibovitz zebrała pod wpływem intelektualistki Sontag - wstrząsający reportaż z Sarajewa i niezwykłe zdjęcia podróżnicze zrobione dla Conde Nast Traveller. Są tu też poruszające obrazy wyniszczonej chorobą Sontag, ubranej w jedwab. Leibovitz zarejestrowała także choroby swoich rodziców, a w końcu śmierć całej trójki. Tu znów nasuwa się paralela: Sontag jako autorka eseju "Choroba jako metafora", walcząca z obowiązującym sposobem patrzenia na chorobę i jako niezamierzony podmiot swoich rozważań. Do dziś krytycy i przyjaciele zastanawiają się, czy ta wieczna elegantka, ikona stylu nowojorskich intelektualistów, byłaby zadowolona z publikacji zdjęć zgodnych z jej poglądami, lecz nie pokazujących jej "piękną"?

 

"Nie robię zbyt wielu prywatnych zdjęć" napisała Leibovitz we wstępie, relacjonując przedzieranie się przez materiał do książki jak wykopaliska archeologiczne. O ile jej komercyjna praca została starannie uporządkowana i opisana, to zdjęcia bliskich były dla niej absolutną zagadką i chaosem. Łatwiej znaleźć i umiejscowić w czasie zdjęcia Brada Pitta, Arnolda Schwarzeneggera czy Umy Thurman niż fotografie z podróży i codziennego życia. "Susan Sontag, która była ze mną przez te wszystkie lata, jakie obejmuje książka, narzekała, że nie robię wystarczająco dużo zdjęć. Zwykła mówić, że każdy inny fotograf, którego zna robi zdjęcia cały czas". Leibovitz przyznaje, że nie zwracała uwagi na te "codzienne" przypadkowe ujęcia do czasu, gdy po śmierci partnerki zaczęła szukać ilustracji do małej książeczki, która miała być rozdana osobom przybyłym na uroczystości żałobne. Ten niewielki projekt pozwolił jej zacząć naprawdę żegnać się z partnerką, a jednocześnie, jak sama napisała  "Znalazłam tyle rzeczy, o których nie pamiętałam, a może nawet nie wiedziałam wcześniej. Zaczęłam więc szukać zdjęć, które zrobiłam reszcie mojej rodziny".

 

Trudno uwierzyć, że osobiste zdjęcia zebrane w tomie "A Photographer's Life. 1990-2005", pokazywane na wystawie o tym samym tytule i będące tematem przewodnim filmu "Annie Leibovitz: Life Through a Lens" nie były zamierzonym wcześniej, starannie zaplanowanym projektem. Faktycznie, zdjęcia wykonane po śmierci Susan są dokładniejsze, staranniej skomponowane (choćby słynny portret córki, którą Leibovitz urodziła w wieku pięćdziesięciu lat, a której biologicznym ojcem jest syn Sontag). Jednak te, które można oglądać w pierwszej części książki mają niezwykły czar snapshotu, zdjęcia robionego dla przyjemności naciśnięcia migawki. Silne wrażenie jakie wywierają na oglądających, rodzi zapewne również kontrast z komercyjną pracą Leibovitz, którą nawet jej najwierniejszy krytyk, Mark Stevens, określił jako "błyskotliwą rokokową konfekcję".

 

Fotografka słynie z kreacyjnych, niezwykle kosztownych sesji, co było jednym z powodów jej ostatnich problemów finansowych. We wspomnianym wcześniej filmie oglądamy moment, kiedy podczas sesji w stylu Marii Antoniny Leibovitz rozważa na gorąco „dołożenie" konia do fotografowanego wozu. Zatroskana mina producenta wyraża wszystko - wcześniej ustalił czego potrzebuje, a załatwienie o piątej rano konia do wozu stojącego w Wersalu może nastręczać niemałe trudności.

 

Wystawa i album zaskakują - ta sama osoba, która ma tak śmiałe zachcianki (do jednego zdjęcia z Keirą Knightley potrzebowała parudziesięcioosobowej orkiestry), potrafi być autorką poruszających czarno-białych zdjęć z kostnicy w Sarajewie. - Kiedy pracowałam dla "Rolling Stone’a", ludzie nazywali mnie fotografką rockową. Kiedy dla "Vanity Fair" fotografką celebrytów. A kiedy zaczęłam robić zdjęcia dla kampanii American Express nazwali mnie fotografką reklamową. Więc nie wiem, co będzie następne. Jestem po prostu fotografką. Zawsze byłam fotografką - powiedziała Leibovitz w  jednym z wywiadów. Przeglądając kilkaset stron z "A Photographer’s Life. 1990-2005" ma się wrażenie obcowania z dziennikiem ułożonym trochę jak szlachetna odmiana fotobloga, z konfesyjną formą opowieści o życiu, w której mieszają się przeróżne konwencje. Osobisty i profesjonalny, uporządkowany chronologicznie, zapisujący zarówno dobre, jak i złe momenty, ukryty w formie książki blog Leibovitz to jedna z najbardziej wzruszających opowieści o fotografii, stojąca obok takich projektów fotograficznych jak "Tokyo and my Daughter" Takashiego Hommy czy "Sentimental Journey, Winter Journey" Arakiego.

 

"Nie mam dwóch żyć. To jedno życie, którego częścią są zarówno zdjęcia prywatne, jak i praca komercyjna" - tak napisała Annie Leibovitz we wstępie do swojego albumu. Parę lat wcześniej jej partnerka, Susan Sontag - faktycznie inicjatorka powstania owej książki - w "Pod znakiem Saturna" napisała "Nie należy posługiwać się życiem dla interpretacji dzieła, wolno jednak posłużyć się dziełem, by zinterpretować życie". Dzięki Leibovitz zyskaliśmy więc niezwykłe, osobiste dzieło, z pomocą którego możemy interpretować życie autorki "O fotografii".


Agnieszka Kozak

TygodnikFotograficzny.pl




 


 

© 2001 - 2018 Royal Ad Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością