Artykuły

Śmierć jest tajemnicą

Rozmowa z Marcinem Koszałką, twórcą filmów dokumentalnych i zdjęć ocierających się o śmierć, umieranie, cierpienia, egzystencję, chorobę. Jak niewielu twórców młodego pokolenia Marcin wciąż uważnie patrzy na to, w jaki sposób przeżywamy swoje życie, jak możemy przygotować się do śmierci, czym ona jest, jak bardzo świadomość końca determinuje ludzkie życie.

 

Marta Sobolska: Śmierć obsesyjnie przewija się w całej twojej twórczości - zarówno w fotografii, od której już chyba odszedłeś, jak i filmie - w dokumentach, które reżyserujesz i  w produkcjach, przy których pracujesz jako operator. Dlaczego ten temat tak cię fascynuje?

 

Marcin Koszałka: Z projektów fotograficznych wycofałem się ponieważ teraz posługuję się nowym medium, którym jest film.  Oczywiście zawsze zachowam ogromny szacunek dla fotografii, bo od niej zaczynałem i wiem, jak trudno jest zrobić dobre zdjęcie. Gdybym w tej chwili miał wrócić do fotografowania, to już nie potrafię zrobić takich zdjęć jak dawniej. W tej chwili bardziej fascynuje mnie czas, który płynie na ekranie.
Rzeczywiście temat śmierci, umierania, choroby z fotografii naturalnie przeszedł do moich filmów. A nawet, gdy reżyserzy werbują mnie do pracy operatorskiej przy fabule, to jakoś nikt nie proponuje mi komedii romantycznych. Można powiedzieć, że korzystają z moich tendencji.
Dlaczego śmierć? Odpowiedź na to pytanie będzie szybka. Dlatego będzie szybka, bo chciałbym już mieć za sobą tą odpowiedź.

 

Dlaczego?

 

- Bo to jest dla mnie bardzo traumatyczne. Po prostu, te tematy robi człowiek, który jest przesiąknięty zegarem własnej śmierci. Co prawda, nie mam zamiaru popełnić samobójstwa, nie mam też zdiagnozowanej żadnej śmiertelnej choroby. Nie wiem też, czy ona mnie nie toczy ponieważ się nie badam od kilku lat, więc,  trudno założyć, że jestem zupełnie zdrowy. Jednak jest to też rodzaj pewnej autodestrukcji psychicznej, igranie z czymś, czego się człowiek najbardziej boi - własnego końca, długiego końca.  Nie śmierci nagłej, tylko śmierci w cierpieniach, długiej. To jest lęk, który towarzyszy mi od wielu lat, od wczesnej młodości, i wydaje mi się, że zmaganie się z tym tematem jest rodzajem pewnego ułaskawienia śmierci, przygotowaniem się do niej.

 

Masz na myśli jakąś formę terapii?

 

- Nie lubię słowa terapia, to raczej rodzaj oswajania lęku. Wydaje mi się, że gdy tak często w mojej pracy jestem blisko umierania, ludzi zmagających się ze śmiercią i chorobą, to zakładam, że kiedy ja sam albo ktoś  z moich bliskich znajdzie się w takiej sytuacji, to łatwiej sobie z tym poradzę. Na tym polega przekraczanie tabu, do czego „zapraszam“ też widza, który patrząc na moje fotografie czy filmy, uczestniczy w misterium łamania tego lęku, a wtedy i on może ułaskawić śmierć. Zwłaszcza, że raczej pokazuję śmierć powszechną, śmierć każdego z nas. Nie fotografuję scen wojennych, nie pokazuję filmów o zbrodniach. Raczej jest to śmierć powszechna.

 

Mam przed oczami zdjęcie tej kobiety patrzącej szklistym wzrokiem, będącej gdzieś na granicy między życiem a śmiercią. To zdjęcie jest zrobione prostym kadrem, bez ustawiania, bez zbędnych kombinacji, dzięki czemu, mimo swojej porażającej siły, zostawia każdemu możliwość interpretacji.

 

- Zrobiłem to zdjęcie, bo wrażenie na mnie zrobił wzrok tej kobiety, jej oczy mówią najwięcej, ale siła tego zdjęcia bierze się z układu głowy, zapadniętej w bieli poduszki. Ta głowa już się zapadła, jakby ona miała za chwilę utonąć w tej poduszce. Wydaje mi się, że to jest moc.

 

Natomiast ja nigdy nie staram się być z boku. Tak było kiedy robiłem zdjęcia, a tym bardziej przy filmach, tam wszędzie czuć moją obecność, moje emocje. Chciałbym pokazać widzowi, oczywiście jakoś dyskretnie, że twórca, czyli w tym wypadku ja, robię to dzięki ogromnemu lękowi. To nie jest strach obiektywny, pokazany chłodnym okiem zawodowca – je też się boję. Mój najnowszy dokument jest zderzeniem postaw dwóch kobiet. Jedna z nich to lekarka na oddziale paliatywnym, która w ten sposób pogodziła się z własną śmiercią, że dzień w dzień uczestniczy w akcie umierania. Jak sama powiedziała nie jest lubiana przez innych lekarzy, bo uczestniczy w sferze porażek medycyny. Przychodzą  do niej studenci, żeby zobaczyć, co się nie udało. Są przyłamani po zajęciach, bo wychodząc z takiego oddziału widzą samo pasmo porażek. Z drugiej strony będzie moja siostra, która ma podobną do mnie psychikę - tak jak ja hipochondryczną.  Ona z kolei, robiąc operacje plastyczne, walczy za wszelką cenę, nie ze śmiercią, bo śmierci dla niej nie ma, ale walczy – za pomocą pieniędzy, bogactwa, nowoczesnego stylu życia - o młodość.

 

Czy jest jakaś taka granica, której nie można przekroczyć pokazując śmierć?

 

- Nie jestem twardym gościem, który wszedł na oddział paliatywny i zrobił obraz sytuacji, które tam się rozegrały. Pokazywanie samego momentu umierania jest zawsze kontrowersyjne z punktu widzenia moralnego, dlatego raczej nie powinno się go pokazywać. To jest intymna sytuacja dla osoby, która umiera, i ona powinna mieć święty spokój. Z drugiej strony sam moment umierania wcale nie jest taki spektakularny, jak to się mówi. Okazuje się, że agonia to jest po prostu charczenie, wielogodzinne charczenie. To robi jednak ogromne wrażenie. Miałem okazję być w wielu mocnych miejscach, ale po porostu nie widziałem takich rzeczy.

 

Z punktu widzenia filmu, montażu, wydaje mi się, że tutaj, na moment samej śmierci powinna być dziura. Natomiast mogę pokazać, co się dzieje - przed samą śmiercią w świadomości osoby, i już po śmierci, kiedy wchodzą do akcji bliscy, ci którzy zostali. Wielkim szacunkiem darzę osoby, które w moim filmie występują, ponieważ mają świadomość tego co się z nimi dzieje i chcą się tym po prostu podzielić z innymi. To jest bardzo wielka siła. Wiedzą, że jest to sygnał dla następnych, którzy przyjdą na ich miejsce.

 

Jaki sygnał?

 

- Łamania tabu - oswójcie się z tym, że będziecie musieli się zmierzyć z tym z czym my się mierzymy. Na tych łóżkach, na których leżą moi bohaterowie, za jakiś czas będą leżeli ci młodzi, którzy siedzą teraz w tej kawiarni obok nas. Może nie każdy, bo ktoś zginie nagłą śmiercią, ale skala procentowa jest taka, że na choroby śmiertelne umrze co trzeci, czy co czwarty tutaj siedzący. I trafi na tamte łóżka. Może część ludzi to odrzuca i nie wierzy w to, ale nie da się uniknąć śmierci.

 

Utożsamiasz łamanie tabu śmierci z lękiem?

 

- Z rozmów, które przeprowadziłem w ciągu ostatnich pięciu lat działania oddziału paliatywnego w Krakowie – mam na myśli lekarzy - których poznałem, czy nawet z moich obserwacji w ciągu ostatnich 2 tygodni, to przeważającym odczuciem jest lęk. Nie spotkałem ani jednej osoby, która by tego nie czuła. Oczywiście ludzie różnie się zachowują, ale lęk zawsze towarzyszy umieraniu.  Jest on "amortyzowany" w różny sposób. Najczęściej - jak to powiedziała pani doktor Bryniarska, główna bohaterka mojego filmu - przez Boga, przez jakąś tam wiarę. Ten lęk - jak mi się wydaje - wynika nie z samego cierpienia, bo współczesna medycyna potrafi naprawdę zminimalizować ból, ale to strach przed niewiadomą, czym jest Bóg, czy tam rzeczywiście coś będzie, albo przeciwnie, strach, że tam nic nie ma. Tego akurat nie powinno się bać, bo jeśli nie ma nic, to nic się nie poczuje i tyle.

 

Kto według ciebie w fotografii uchwycił śmierć?

 

- Absolutnie wybitną postacią jest tu Witkin. W zasadzie wszystko inne w fotografii to są, nawet nieświadomie, popłuczyny po nim. Mnie się wydaje, że po Witkinie inni powinni sobie już odpuścić. Jest jedynym artystą na świecie, który wykonał coś takiego - wdał się w szokujący taniec z ciałami, dans macabre. Jak Arcimboldo komponował portrety z owoców czy warzyw, tak on układał martwe natury z fragmentów ludzkich ciał. To rzeczywiście jest szokujące i w samych Stanach jego twórczość jest przyjmowana z ogromną rezerwą. Jest oczywiście pokazywany, ale mieszka na odludziu, i nie jest o nim zbyt głośno.

 

Taki jeden Witkin się akurat broni, ale właśnie dlatego, że jest jeden. Miał układ w prosektorium, wyniósł pięciu gości i ustawił ich w atelier. Szersze spektrum tego typu fotografii jest ryzykowne, bo pojawi się kwestia, kto dalej podniesie poprzeczkę. I co - ktoś inny wywiezie cały tir ciał i ustawi je na pustyni? Ja jestem bliżej tego, co robi Prażmowski - pokazywanie sytuacji, w tym wypadku śmierci, która jest objęta tabu, powinno to tabu zachować poprzez pewną symbolikę, atmosferę, tajemnicę. Śmierć jest tajemnicą, więc i powinna być w tajemnicy pokazana. U Witkina dopiero głębsza analiza zdjęcia zaczyna szokować, bo wtedy widać, co jest grane, że to prawdziwe zwłoki.  Najpierw człowiek myśli, że tam jest coś poukładane, może manekiny, może coś jest narysowane.

 

Dlaczego czasem pustka na zdjęciu działa silniej niż dosłowność?

 

- Jest tak dlatego, że wszyscy wiemy, że śmierć jest wielką tajemnicą. Nikt, ani papież, ani święci, ani jacyś super kardynałowie nie są w stanie powiedzieć komuś wierzącemu, jak to jest. Dlatego pokazywanie aktu śmierci w sztuce jest wykładnią tajemnicy. Możemy pokazać go tylko symbolicznie. Jeśli pokażemy kawa na ławę - faceta, który leży zeszyty po sekcji zwłok, to nie jest to śmierć, to są po prostu zwłoki, a my niczego nie odkrywamy. A kiedy widzimy – jak na przykład u Prażmowskiego – pejzaż, jakieś brzozy i wkomponowane postaci, które są nieostre, rozmyte, to wtedy, patrząc na to, myślimy o ludziach, którzy odeszli, przypominają się jakieś wspomnienia, kogoś widzieliśmy, mijaliśmy się z nim, może usłyszymy strzęp rozmowy. I to jest Tajemnica. Śmierć mnie tak de facto nie interesuje, ja się wolę skupić na tym, co potrafię przeżyć, a to są wspomnienia. Wspomnienia po ludziach, wspomnienie tego, co zostało po rodzicach, po ojcu, matce. Widzę mieszkanie, ojca jak przechodził przez nie, słyszę głos matki i z tego mogę konstruować obraz śmierci. I tyle. Ja tej zagadki nie mogę odkryć,  muszę sam ją przeżyć, a śmierci się przecież nie przeżywa jak powiedział Kuczok.

 

Rozmawiała Marta Sobolska

 

Kraków 26.10.2009 Zaraz na początku rozmowy Marcin zastrzegł, że ma tylko godzinę na rozmowę, bo potem jedzie to hospicjum na zdjęcia do swojego najnowszego dokumentu.




 


 

© 2001 - 2018 Royal Ad Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością